Kiedy atakują warany z Komodo

Udostępnij artykuł:

Maen wciąż miewa koszmary o tamtym poranku. O tych kilku minutach, w przeciągu których niemal nie odszedł z tego świata. O tym, jak został zaatakowany przez ludożerczego gada i musiał z nim walczyć, by ocalić życie.

– Nie lubię już opowiadać swojej historii, bo kiedy opowiadam ją kolejny raz, kiedy siedzę sam, przypominam sobie to wszystko – mówi drżącym głosem i z pokorą. – Chciałbym o tym zapomnieć.

Rozmawiamy z Maenem na wyspie Rinca w indonezyjskim Parku Narodowym Komodo, gdzie od lat jest strażnikiem. Tutejsze wyspy były domem waranów z Komodo przez około milion lat, a odizolowane od reszty świata, bez potencjalnych drapieżników dookoła, w pewien sposób „ukryły się” przed ewolucją.

Pewnego ranka w 2009 roku to właśnie Maen miał stać się ofiarą „smoka z Komodo”. Kiedy zmierzał do swojego biura, mały drewniany budynek w głównym obozie wyglądał tak samo jak zwykle, więc usiadł przy biurku. Wtedy właśnie spojrzał w dół.

– Zobaczyłem warana pod biurkiem, a moja noga była tutaj – opowiada Maen demonstrując, jak jego noga znalazła się przy szufladach pod biurkiem.

Wówczas nie zastanawiał się, jak zwierzę znalazło się w środku. Jak się później okazało, sprzątaczka zostawiła otwarte drzwi i waran z Komodo wszedł do środka w nocy w poszukiwaniu jedzenia. Najwyraźniej niedługo później znalazł to, czego szukał.

– Więc próbowałem wyciągnąć nogę, ale waran podążył za mną, patrzę i widzę ogon, który się tam porusza. I pomyślałem, że mam problem. Wyciągnąłem nogę zbyt szybko i utknęła, a wtedy waran mnie ugryzł.

Gad nie odpuszczał. Z zębami wdzierającymi się w jego ciało, Maen musiał myśleć szybko. Położył drugą stopę na karku warana, przygważdżając go lekko do ziemi. Następnie rękoma chwycił pysk zwierzęcia i pociągnął za sobą. Udało mu się wyrwać nogę z jego szczęk, ale w trakcie walki pogryziona została jego ręka.

Niektórzy strażnicy próbowali zapanować nad nowo przybyłymi gadami, dwaj inni pospieszyli do biura, aby uratować rannego przyjaciela i powstrzymać warana w środku. Chociaż wydają się dość potulne, gdy oszczędzają energię, „smoki z Komodo” potrafią być dość szybkie w trybie ataku. W normalnych sytuacjach strażnicy po prostu używają kija, aby je odepchnąć. Czasami muszą zwyczajnie uciekać.

Maen został przewieziony do szpitala na wyspie Flores, a następnie poleciał na Bali, gdzie przebył sześć godzin leczenia w trybie nagłym. Pozostał tam w szpitalu przez siedem dni, a następnie został przewieziony z powrotem na wyspę Flores, gdzie przez sześć miesięcy dochodził do siebie.

W końcu wrócił do pracy w Parku Narodowym Komodo, gdzie na wolności żyje około 5000 waranów. Pracuje tam jednak tylko za biurkiem, więc nie ma bezpośredniego kontaktu z tymi zwierzętami. Wie jednak, że ten, który go zaatakował, prawdopodobnie nadal gdzieś tam jest, potencjalnie krążąc po obozie każdego dnia.

I to mogła być cienka granica między życiem a śmiercią. Miejmy nadzieję, że już nigdy nie spotkają się twarzą w twarz.

Źródło: Canberra Times

Komentarze Facebook

Piotr Zelek - o autorze

Czytam, dociekam, piszę. Zapraszam do kontaktu :)

Wszystkie artykuły autorstwa użytkownika Piotr Zelek →

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *